Wybór Jaundre’a

Niedługo po tym, jak urodziłam moich dwóch synów, zaczęłam mieć w głowie obrazy mnie karmiącą jednego z moich chłopców na łożu choroby. Nie wiedziałam, o którego synka chodzi, a myśl ta przychodziła mi do głowy kilka razy.
Trzy dni po swoich 11 urodzinach, w grudniu 2006 roku, mój syn Jaundre został zdiagnozowany że ma raka. Musieliśmy natychmiast pojechać do Cape Town’s Red Cross Children Hospital, aby mógł rozpocząć leczenie. Leczenie było bardzo intensywne, ale znosił je dobrze, pomimo okropnych skutków ubocznych po chemioterapii.
W ciągu 10 dni 6 centymetrowy guz, który był w jego klatce piersiowej, zniknął. Lekarze byli bardzo dobrej myśli. Po prawie 6 miesiącach w Red Cross Children Hospital Jaundre został wypisany i jego leczenie było kontynuowane już w domu w Port Elizabeth. Wszystko szło w dobrym kierunku, a w czerwcu w przerwie wakacyjnej wróciliśmy do Cape Town na kontrolę. Lekarze ponownie zapewnili nas że wszystko jest w jak najlepszym porządku i wszystko idzie zgodnie z planem.
Modliliśmy się na kolanach praktycznie 24 godziny na dobę odkąd dowiedzieliśmy się o diagnozie, błagając Boga o litość. Po tym jak usłyszeliśmy pozytywne prognozy od lekarzy ponownie padaliśmy na kolana tym razem dziękując Bogu że okazał nam tak wielką łaskę. W tym czasie dotarło do mnie, że te obrazy i myśli które miałam często w głowie dotyczyły raka Jaundre’a. Byłam pewna, że teraz te myśli odejdą. Tak się jednak nie stało, one wciąż pojawiały się w mojej głowie.
Około września 2007 roku pewnego razu Jaundre zapytał mnie: ” Jak długo jeszcze będę z wami wszystkimi?”. Pomyślałam, że z powodu zdiagnozowanego wcześniej raka takie myśli przychodzą mu do głowy. Pod koniec listopada 2007 roku postanowiliśmy się wybrać z rodziną na weekendowy biwak. Obydwaj synowie uwielbiają być nad morzem. Jaundree zaczął się skarżyć, że jego serce bije za szybko. W poniedziałek rano zabraliśmy go do lekarza. Lekarz zrobił testy z krwii które wykazały że wszystko jest w normie. Następnie dostaliśmy skierowanie na prześwietlenie. Tego samego popołudnia zadzwoniłam do lekarza aby odebrać wyniki prześwietlenia. Odpowiedź była jak najgorszy horror- rak powrócił a guz miał teraz 9 centymetrów. Musieliśmy natychmiast jechać do Cape Town. Tym razem lekarze byli bardziej negatywni niż pozytywni co do prognoz Jaundre’a. Wdrożyli bardziej agresywne leczenie, a malutkie ciało mojego syna było wycieńczone.
24 grudnia 2007 roku lekarze zasugerowali, abyśmy wrócili do domu z Jaundre ponieważ zaczynaliśmy przegrywać tę walkę. Ale jak mieliśmy powiedzieć 12-latkowi, który był taki silny i odważny, że umiera? Po prostu nie potrafiłam tego zrobić. Został jeszcze jeden lek który mógł zostać użyty, jednak lekarze go nie zalecali ze względu na to, że to bardzo silny lek. Jaundre mógłby potencjalnie umrzeć od skutków ubocznych leku a nie od raka. Ale poprosiłam ich, aby rozpoczęli leczenie. Po tygodniu nie było żadnych efektów ubocznych. Następnie musieliśmy zaczekać 3 tygodnie z kontynuacją leczenia, aby jego zdrowe komórki miały czas się zregenerować. W międzyczasie Jaundre zaczął się skarżyć na bóle pleców i kości. W piątek, 25 stycznia 2008 roku lekarz powiedział nam, że rak przerzucił się na szpik kostny i że powinniśmy wrócić do domu. Z medycznego punktu widzenia nic więcej nie dało się już zrobić. Musieliśmy powiedzieć naszemu synowi że umrze i musieliśmy sami sobie z tym faktem poradzić.
Od początku diagnozy Jaundre nie miał żadnego wyboru. Nie miał wpływu na chorobę, nie miał wpływu na leczenie i nie mógł też mieć wpływu na to, że umrze. Powiedziałam mu, że Bóg najpierw mu pokaże, jak wygląda niebo i wtedy będzie mógł zadecydować czy chce być w niebie czy chce zostać z nami. Modliliśmy się do Boga o taki przywilej, ponieważ nie mogliśmy pozwolić odejść naszemu dziecku z tą niepewnością jaką odczuwał. Jaundre chciał wiedzieć, czy jeśli zostanie z nami, to czy będzie chory czy będzie zdrowy. Wierzę, że gdyby taka była wola Ojca, Bóg oddał by nam naszego syna zdrowego. Błagaliśmy Boga, targowaliśmy się z Nim, ale Jego wolą było zabrać naszego synka do nieba. Specjaliści dali nam jeden miesiąc z naszym dzieckiem. Na koniec mieliśmy jeden złoty tydzień z nim. Kładliśmy się obok siebie i rozmawialiśmy każdej nocy. W sobotę, krótko po 10 rano, Jaundre odszedł. Sekundy przed śmiercią wyglądał, jakby chciał wyjść z łóżka. Odwrócił głowę i wpatrywał się w jeden punkt na ścianie, następnie odwrócił z powrotem głowę, spojrzał na mnie i powiedział: “Mamo, kocham cię, ale tam jest wspaniale!”. Wierzę, że w tym momencie Bóg pokazał mu, gdzie go zabiera, aby Jaundre pierwszy raz mógł sam podjąć decyzję. Jaundre wybrał niebo. Za to oddajemy Bogu cześć i chwałę.
Dzień po pogrzebie poszłam do łóżka. Nie modliłam się, nie czytałam Biblii. To było tak, jakbym sama umarła i nie była w stanie niczego robić. Myślałam o tym jak Jaundre i ja zawsze żartowaliśmy sobie z tego, że przerzedzają mi się włosy. Wtedy on drażnił się ze mną mówiąc mi, że będę łysa wcześniej niż on. Bawił się moimi włosami i dawał mi całusa w szyję. Obudziłam się nagle, nie fizycznie, ale w śnie czując małą rączkę w moich włosach i i mały buziak na mojej szyi. Wiedziałam, że w tym śnie Jaundre był ze mną, wyczułam też że się spieszy. Rozmawialiśmy o różnych rzeczach i powiedział mi między innymi, że “wujek”usunął linię z jego klatki piersiowej ( miejsce gdzie otrzymywał chemioterapię ). Powiedział, że wcale go nie boli. Wierzę, że Bóg usunął mu tę rurkę . Po krótkiej chwili wyjaśnił mi, że musi już iść. Odwrócił się i zaczął odchodzić. Nagle zobaczyłam postać, która pojawiła się znikąd i zaczęła iść z nim. Ta osoba, którą mogłam zobaczyć jedynie od tyłu, wzięła Jaundre’a z a rękę i szła razem z nim. Było dla mnie jasne i oczywiste, że Jaundre jest szczęśliwy i z radością powraca do miejsca, z którego do mnie przyszedł.
Nie możemy przestać wielbić Boga i dziękować Mu za to, jakie dał nam zapewnienie. Ten prezent jaki nam ofiarował, w postaci pokoju w sercu jest nie do opisania. Około 2 tygodnie po śnie, znowu rozmawiałam z Bogiem. Poprosiłam Boga, aby pokazał mi Jaundre jeszcze jeden ostatni raz. Miałam pokój z tym, gdzie on jest, ale tak bardzo tęskniłam, że pragnęłam ujrzeć go raz jeszcze. Tej nocy w śnie zobaczyłam dwie złączone ręce. Mały złamany garnek spadł z nieba i te ręce szybko go złapały, aby nie spadł na podłogę. Następnie usłyszałam w śnie głos ” Tak jak te dłonie złapały garnek, tak Bóg łapie swoje dzieci. Kiedy jest się w Jego rękach, nic nigdy nie może cię z nich usunąć. Możesz narazie jeszcze nie zobaczyć swojego syna. Ale na świecie jest zbyt wiele dusz, które nie postępują właściwie. Spraw, aby chciały postępować właściwie”.
Z tego powodu opowiedziałam moją historię i moim pragnieniem jest żeby dotarła ona do jak największej ilości dusz. Musimy upewnić się, że nasze dusze są gotowe, aby stanąć przed Panem. Istnieje niebo, ale istnieje również piekło. Nie czekaj do jutra. Jutro może być za późno.
By: Madelyne Victor.
Tłum: Ewa Smorczewski