Historia Marka

Drodzy Czytelnicy!
Umiłowane Siostry i drodzy Bracia w Chrystusie!
Zostałem poproszony o napisanie swojego świadectwa na temat tego w jaki sposób przeżyłem stratę swoich dwóch synów, co niniejszym postaram się uczynić.
Kiedy moja żona Beata zaszła w trzecią ciąże oboje cieszyliśmy, gdyż było to dla nas długo oczekiwane wydarzenie. Niestety jednak nie wszystko poszło tak, jak należy i choć moja małżonka była pod opieką najlepszego lekarza w okolicy doszło do powolnego przesączania się wód płodowych przez błony chroniące płód, co zagrażało przedwczesnym porodem. Gdy to zauważyliśmy udaliśmy się natychmiast do pobliskiego szpitala, celem diagnozy i leczenia, jednak lekarz nie zareagował prawidłowo i podał jedynie środki przeciwbólowe, do czego, jak mi się wydaje, walnie przyczynił się mecz piłki nożnej transmitowany w tym czasie przez telewizję. W tych okolicznościach, w dniach kolejnych, doszło do akcji porodowej, a nasz syn – Korneliusz – urodził się w szóstym miesiącu ciąży i od razu trafił na oddział szpitalny ratujący życie noworodków. Niestety okazało się, że choć, pomimo wczesnego urodzenia, płuca pracowały poprawnie, jednak wdało się okołoporodowe zakażanie dróg moczowych. Moja żona w tym czasie leżała jeszcze w szpitalu, ja zaś codziennie chodziłem odwiedzać swojego syna nie rozumiejąc co Bóg chce do mnie powiedzieć poprzez tę sytuację, modląc się i poszcząc dzień po dniu i obserwując jak maleńkie ciałeczko mojego synka puchnie, a następnie sinieje co dzień coraz bardziej. Mając niemal pewność, że dziecko umrze zabrałem jeden raz do szpitala mojego najstarszego syna – Pawła. Także moja małżonka, gdy wyszła ze szpitala, chodziła ze mną odwiedzać naszego syna. Wiem, że było to dla niej bardzo ciężkie, jednak chodziliśmy codziennie, aby, skoro z ręki Pana wzięliśmy tyle dobra, to aby też i do dna wysączyć ów kielich goryczy, który dla nas naszykował (patrz Job 2:10 i Ps 75:9). Później, 18 dni po urodzeniu, nastąpiła śmierć Korneliusza.
Okres ów był dla mnie, jako mężczyzny, bardzo trudny gdyż nie byłem w stanie niczego zrobić dla swojego syna, choć bardzo tego chciałem. Moja żona chociaż mogła uczynić tyle, że go urodziła. Mogła też walczyć o utrzymanie pokarmu dla niego. Ja zaś mogłem jedynie przychodzić do niego, modlić się, pościć i liczyć na cud, który nie nastąpił pomimo że wezwałem starszych Zboru aby modlili się za nim (Jkb 5:13-15).
Gdy Korneliusz zmarł, natychmiast zgłosiłem do prokuratury możliwość popełnienia przestępstwa przez lekarza, który wolał mecz wówczas, gdy był jeszcze czas by ratować ciążę, ale nic to nie dało. Wyjaśnię jednak, że nie uczyniłem tego z chęci zemsty, ale jedynie z poczucia obowiązku wobec ewentualnych przyszłych, możliwych jego ofiar, sam zaś tak dalece wybaczyłem temu mężczyźnie, że niemal natychmiast zapomniałem nawet jak on się nazywa i nie pamiętam tego do dnia dzisiejszego. Pamiętałem, że przebaczenie, to również kwestia naszego wyboru: możemy hodować gniew wobec kogoś, albo starać się zapomnieć mu to, co uczynił. Bóg również postanowił nie wspominać win tych, którym wybaczył; (patrz Izajasza 43:25 i Jeremiasza 31:34; Hbr 8:12 i 10:17), a ja powinienem naśladować Go, jeśli chcę aby i moje winy zostały zapomniane (…odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom… Mt 6:12).
Skoro nie mogłem nic zrobić dla swojego syna za życia, więc sam odebrałem jego ciało ze szpitala, sam też złożyłem je do trumny, którą samodzielnie wykonałem na stole, na którym zwykle jadamy posiłki. Do dziś można wypatrzyć na jego blacie ślady gwózdków pozostałe po pracach stolarskich nad trumienką.
Pogrzeb był skromny i odbył się na ewangelickim cmentarzu w mieście, w którym żyjemy.
Później zaczął się okres, kiedy wszystko to, co się stało powoli „wsiąkało” w moją świadomość, powodując pytania o sens owych wydarzeń. Przy tej okazji napomknę, że nigdy nie zadawałem pytań typu „dlaczego, ja”, bądź „za co”, gdyż miałem świadomość, że z pewnością zasłużyłem na znacznie gorsze rzeczy niż te, które mnie, z woli Bożej, spotkały, szczególnie zaś na ogniste piekło wieczne, skoro jestem grzesznikiem. Tak więc miejmy zawsze tę świadomość, że wszystko co nas spotyka w ciągu naszego życia jest i tak lepsze od tego, na co zasłużyliśmy obrażając świętego Boga naszymi nieprawościami.
Ja jednak wówczas powoli osuwałem się w depresję. Czułem się bowiem zupełnie niezdolny do głębszych uczuć, choć nader łatwo potrafiłem wpadać w pusty śmiech sytuacyjny i gniew. Doszło do tego, że zauważyłem, iż krzywdzę swoją żonę i dzieci. To zaś spowodowało, że coraz częściej myślałem o ucieczce z własnego domu, po prostu „w świat” – przed siebie. Nadarzyła mi się też niedługo doskonała po temu okazja, gdyż udało mi się znaleźć dobrze płatne zatrudnienie w Niemczech. Mogłem więc na odległość dbać o swoich bliskich i nie krzywdzić ich swoją obecnością.
Okres ów to była głównie praca i picie i tak na zmianę. Jednak cząstka mnie cały czas myślała i nie chciała się poddać moim zabiegom odurzeniowym. Chcąc nie chcąc obserwowałem więc swoich kolegów z pracy, jak klną, kradną, cudzołożą, biją się ze sobą, itp., a ja byłem ich przełożonym i w swoim wnętrzu, a także na zewnątrz nie pochwalałem ich postępków i nie chciałem być takim jak oni.
W tym czasie dokopałem się ze swoimi pytaniami do samego dna swojej duszy i zapytałem wreszcie: Czy jestem naprawdę chrześcijaninem? Odpowiedź brzmiała: TAK, JESTEM. Nie chcę żyć tak, jak moi koledzy. Świat nie jest moim miejscem, a przyjemności i grzech moimi celami.
Kiedy zdałem sobie z tego na powrót sprawę postanowiłem ratować swoje małżeństwo. Choć, jak w piosence Starego Dobrego Małżeństwa, która mi wówczas towarzyszyła zastanawiałem się: „Jest już za późno? Nie jest za późno?”, to postanowiłem porzucić świetnie płatną pracę za granicą i wrócić do swojej rodziny.
Później podjąłem leczenie psychotropami, które odrobinę przytępiło objawy mojej depresji, jednak nie zdołało przywrócić mi pełnej sprawności psychicznej.
Gdy leczenie trwało już około 2 lat zdarzył się pewien mały cud. W pewnym Zborze miała miejsce konferencja dla młodzieży, a ja akurat byłem w pobliżu i miałem na tyle czasu żeby być na wykładzie, na którym kaznodzieja omawiał akurat postacie ze Starego Testamentu, których życie oszczędził Bóg, żeby wreszcie przejść do wersetu z Listu do Rzymian 8:32:
On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale go za nas wszystkich wydał, jakżeby nie miał z nim darować nam wszystkiego?
Ten cytat uderzył we mnie jak gromem, gdyż nagle dotarła do mnie prosta prawda, że nie jest istotne z jakich powodów Bóg nie oszczędził mojego syna, skoro nie oszczędził swojego Jednorodzonego. Doskonale rozumiałem co to znaczy patrzeć na męki i śmierć własnego syna i z ochotą oddałbym własne życie aby go ratować, a Bóg patrzył na męki i śmierć swojego Jedynaka, który cierpiał za takiego śmiecia jak ja!
Takie podejście i spojrzenie z tej perspektywy usuwa wszelkie pytania typu: „Dlaczego?”. Śmierć Syna Bożego jest po prostu absolutnym dowodem, absolutnie niemożliwej do pojęcia przez człowieka, miłości. Przestałem więc pytać o sens tego doświadczenia i prosiłem Boga o wybaczenie mi mojej bezczelności.
Niedługo też, pomimo straszliwego zespołu odstawieniowego, udało mi się wyrwać z pułapki psychotropów.
Powoli wracałem też do równowagi i służby Pańskiej.
Pierwszą moją służbą po tych wydarzeniach było gotowanie zupy dla studentów szkoły biblijnej „Berea” http://berea.edu.pl gdyż bardzo chciałem coś robić, a do niczego innego nie nadawałem się wówczas. Niedługo potem powstał też w naszym mieście Zbór Pański ( http://swietochlowice.kwch.org/ ), o co modliłem się od chwili swego nawrócenia. Służba w nim i odpowiedzialność przywróciły mi, za łaską Boga, pełną sprawność duchową i emocjonalną. Obecnie jestem jednym z grona starszych owego Zboru oraz nauczycielem Słowa Bożego.
Po kilku latach historia niemal powtórzyła się, a my straciliśmy jeszcze jednego syna – Jana. W czasie porodu także i moja żona znalazła się w bezpośrednim zagrożeniu utraty życia, jednak pokój z Bogiem, który zawarłem na Jego warunkach wówczas, gdy zmarł Korneliusz pozwolił mi przejść przez ową stratę bez duchowego uszczerbku. Oczywiście, płakałem, oczywiście modliłem się, oczywiście bolało mnie to, co się wydarzyło, ale nie zsunąłem się już w grzech, czy depresję.
Kolejnym ciosem, który na nas spadł było zachorowanie mojej córki – Heleny – na insulinozależną cukrzycę pierwszego typu. Tu jednak można było coś robić, więc ze zdwojoną siłą zabrałem się do działania. To jednak historia na inny raz.
Dziękuje Bogu za dzieci, które wciąż żyją po tej stronie nieba i za te, które czekają nas po drugiej jego stronie. Wszak dzieci, które dał nam Bóg są naszym wiecznym dziedzictwem (por. Job 1:2-3 i 42:12-13), a dwóch mych synów jest już w niebie, syn zaś i córka, którzy żyją jeszcze na tym łez padole są odrodzonymi dziećmi Bożymi.
Dodam tylko, że moje serce zostało ostatnio niezwykle rozradowane narodzeniem się naszej wnuczki Elizy – córki mojego najstarszego syna – Pawła i jego małżonki – Gosi.
Kończąc zaś, chciałbym zachęcić każdego kto poniósł stratę własnego dziecka, aby spojrzał na ofiarę, którą dla zbawienia grzeszników złożył Bóg Ojciec. To usuwa wszelkie pytania i wątpliwości.
Tak, Bóg na pewno nas kocha!
Marek Handrysik