Cudowne dziecko Edny

Chciałabym uwielbić imię Jezusa poprzez to świadectwo. Pobraliśmy się z mężem w 2003 roku. Planowaliśmy mieć conajmniej piątkę dzieci. Pamiętam jak jednego dnia siedziałam w kawiarni z przyjaciółką, która opowiedziała mi o swoich poronieniach. W sercu pomyślałam sobie, że dzięki Bogu, że takie tragedie nigdy mnie nie spotkają. Nie miałam pojęcia o tym, co nas tak naprawdę czeka.
Pod koniec 2003 roku zaszłam w ciążę i to była dla nas najcudowniejsza wiadomość. Dosyć wcześnie pojawiły się plamienia, ale nie powiązałam tego z niczym groźnym. Podczas 3 miesiąca doświadczyłam silnego krwotoku w łazience przy czym mało nie zemdlałam przez ilość utraconej krwii. Mój 3 miesięczny płód wypadł na podłogę. W stanie ogromnego szoku zabrano mnie do szpitala. Byliśmy z mężem załamani. Kiedy nas wypisano, próbowaliśmy poradzić sobie ze stratą tłumacząc sobie, że widocznie ta ciąża nie była Bożym planem dla nas.
W 2004 roku ponownie zaszłam w ciążę. Nasza radość trwała tylko kilka tygodni. Pojawiły się podobne symptomy, zaczęłam plamić i w 2 miesiącu wzięto mnie do szpitala. Podano mi jakieś leki i musiałam odpoczywać. Po kilku dniach wypisano mnie z zaleceniem leżenia. Tej samej nocy zaczęłam bardzo mocno krwawić. Ponownie zabrano mnie do szpitala i okazało się, że nie ma bicia serduszka dziecka. Straciliśmy ciążę w 2 miesiącu. Nasze serca pękły ponownie. Znów pocieszaliśmy się, że widocznie tak miało być.
W 2005 roku znów zaszłam w ciążę, ale tym razem byłam bardzo ostrożna z emocjami. Podczas wizyty kontrolnej lekarz poinformował nas, że moje jajeczko jest zniszczone. Kolejne rozczarowanie. Zaczęliśmy z mężem zadawać sobie pytania: dlaczego tak się dzieje? Czyż nie byliśmy wierni Bogu, chodząc do kościoła w każdą niedzielę? Mój mąż był liderem uwielbienia w kościele. Czytaliśmy biblię i modliliśmy się w każdym wolnym czasie. Byliśmy tak bardzo skupieni na naszych uczynkach dla Boga a nie na tym, co On uczynił dla nas.
W 2007 roku udaliśmy się na wakacje a po powrocie okazało się że jestem w ciąży. Tym razem postanowiliśmy zmienić lekarza. Poinformowałam go o historii moich ciąż i poronieniach w pierwszym trymestrze. Zrobił mi testy krwii i wyszło, że wszystko jest w porządku. Nie mógł stwierdzić, co jest ze mną nie tak. Przepisał mi leki i zastrzyki na wspomaganie utrzymania ciąży przez pierwszy trymestr, gdyż wyglądało na to że moje problemy pojawiają się właśnie na początku ciąż. I oto zakończyłam mój pierwszy trymester bez żadnych plamień. Mój mąż i ja byliśmy przeszczęśliwi, gdyż pierwszy raz przeszliśmy przez pierwszy trymester i to uczucie było cudowne. Zaczęliśmy kupować ubranka dla dziecka. W 20 tygodniu dowiedzieliśmy się, że to będzie dziewczynka. Co za radość! W 21 tygodniu obudziłam się jednej nocy z silnym bólem. Uspokoiłam sie, że to pewnie tylko skurcze Braxtona Hicksa, lub zwykła niestrawność. Nie wiem dlaczego, ale wmawiałam sobie w myślach, że skoro moje problemy były tylko w pierwszym trymestrze, teraz na pewno nie mogło dziać się nic złego. Ale ból nie ustępował, trwał od północy, a o 7 rano zaczęłam krwawić. Wpadłam w panikę, obudziłam męża i pojechaliśmy do oddalonego o 5 minut szpitala. Ginekolog na dyżurze zbadał mnie . Powiedział,że pękły mi błony i trudno będzie uratować dziecko. Podczas prześwietlenia zobaczyłam nóżki dziecka wystające z mojej szyjki macicy. Byłam w szoku. Założono mi szew na szyjkę macicy i podano silne środki przeciwbólowe. O północy odeszły mi wody i mój lekarz musiał zdjąć szew. Urodziłam córeczkę, ale była zbyt mała aby przeżyć poza moim łonem. Mój mąż ubrał ją i zabrał do domu. Kiedy pozostawałam w szpitalu, rodzina zorganizowała mały pogrzeb. To było traumatyczne przeżycie. Chciałam umrzeć. To było jakby ktoś włożył rękę i wyrwał mi serce, tak bardzo bolało. Próbowaliśmy się z mężem pocieszać, ale tak naprawdę oboje chcieliśmy umrzeć. Bolało zbyt mocno. Nie mogliśmy się już nawet modlić, brakowało nam słów. Pytaliśmy Boga dlaczego takie rzeczy nam się przytrafiają, ale nie otrzymywaliśmy żadnych odpowiedzi.
W 2008 roku kupiłam książkę pt ” Boży plana na ciążę”, ale nie zdążyłam jej przeczytać. Mieliśmy plany wakacyjne aby jechać do Stanów i Kanady. Kupiliśmy bilety i wypełniliśmy aplikacje po wizy. I nagle okazało się że jestem w ciąży. Byłam zła na siebie, że zaszłam w ciążę, bałam się kolejnej straty a ból wciąż był dla mnie zbyt świeży. Miałam nawet pokusę aby usunąć ciążę, w końcu i tak wiadomo było jak się skończy. Ale kontynuowałam ciążę i odwołaliśmy nasze wakacje. Znaleźliśmy kolejnego lekarza od skomplikowanych ciąż. Skończyłam pierwszy trymester bez komplikacji. W 16 tygodniu podczas badania lekarz zobaczył, że moja szyjka się otworzyła, co odbyło się ku mojemu zdziwieniu całkowicie bezboleśnie. Zabrano mnie do szpitala i zabroniono wstawania z łóżka. Wieczorem, kiedy chciałam iść do łazienki zaczęłam silnie krwawić. Lekarze natychmiast założyli szew na szyjkę. Powiedzieli że może będzie trzymać, gdyż tym razem nie pękły mi błony. Następnego dnia okazało się, że nie ma bicia serduszka dziecka. Zdjęto mi szew i urodziłam naszego synka w 16 tygodniu. Fala tych samych uczuć co poprzednio zalała mnie i męża. Zabrał naszego malutkiego synka do domu a kiedy wypisano mnie ze szpitala, pochowaliśmy go. Przyjaciele próbowali nas jakoś pocieszać, mówili że może nad naszą rodziną panuje jakieś fatum, może został rzucony urok. Zaczęliśmy wypytywać nasze rodziny mając nadzieję, że być może faktycznie znajdziemy klucz do naszego nieszczęścia. Być może w przeszłości miało miejsce jakieś bałwochwalstwo albo ktoś dokonał aborcji. Szukaliśmy odpowiedzi na wszelkie sposoby. Ani razu nie przeszło nam przez myśl, że Jezus Chrystus poniósł wszystkie nasze przekleństwa na krzyżu. Dziś kiedy wierzymy w Jego zakończone dzieło jesteśmy uwolnieni, ale to odkrycie miało dopiero nadejść, teraz jeszcze nie był ten czas.
W tym czasie oboje z mężem zaczęliśmy zatracać się w pracy. To spowodowało że zaczęliśmy się od siebie oddalać. Ucieczka w pracę była naszym sposobem radzenia sobie z żałobą i bólem. Nie mieliśmy już siły aby być dla siebie nawzajem oparciem i pocieszeniem. To spowodowało przepaść między nami, dziurę, przez którą pozwoliliśmy Diabłu wejść do środka i uwierzyliśmy kłamstwu.Tym kłamstwem było to, że uwierzyliśmy iż nie jesteśmy stworzeni do rodzicielstwa i że powinniśmy się rozstać gdyż nigdy nie będziemy razem szczęśliwi. Zatraciliśmy się w tym kłamstwie i nie mieliśmy tego objawienia że Jezusa dzieło jest dokończone. Mój mąż dużo podróżował w związku z pracą. Pasowało nam to, zaczęliśmy żyć osobnym życiem. Nasza komunikacja zmieniła się ze złej na jeszcze gorszą. Przestaliśmy się modlić i czytać biblię. Chrześcijaństwo przestało mnie satysfakcjonować, gdyż wydawało mi się że zbyt dużo ode mnie wymaga, bo przecież oboje się bardzo staraliśmy i nic.
W 2010 roku ponownie zaszłam w ciążę, tym razem lekarz powziął jeszcze większe starania aby utrzymać ciążę. Powiedział że do 13 tygodnia założy mi szew i to pomoże mi donosić ciążę. W końcu zdiagnozował mnie z niewydolnością szyjki macicy, to jest kiedy szyjka otwiera się przedwcześnie i większość kobiet nie czuje bólu. W 13 tygodniu założono mi szew i otrzymałam leki na zwmocnienie i utrzymanie ciąży. Kiedy minął najpierw 16, a następnie 24 tydzień, byłam w euforii. Uwierzyłam, że szew dobrze trzyma i nic mi już nie grozi. Byłam na całkowitym zwolnieniu i nie wolno mi było wstawać z łóżka. Zaczęłam czytać wcześniej zakupioną książkę, która prowadziła mie w modlitwach i czytaniu wersetów z Biblii.
Obudziłam się pewnego poranka w 24 tygodniu ciąży i zauważyłam różowe plamienie oraz odczuwałam dziwny ból brzucha. Zadzwoniłam do kliniki, powiedziałam że czuję skurcze i kazano mi przyjechać. Leżąc na szpitalnym łóżku ból jeszcze się nasilił. Mąż był za granicą w pracy i poczułam się nagle taka samotna bez niego. Podano mi różne leki na powstrzymanie skurczy, ale one tylko się nasilały. Dano mi zastrzyk aby przyspieszyć rozwój płuc dziecka. W nocy odeszły mi wody. Lekarz poinformował mnie o wszystkich komplikacjach związanych z tak wczesnym porodem. Przeraziłam się. Lista ciągnęła się w nieskończoność, od tego że dziecko może urodzić się niewidome, głuche, niepełnosprawne umysłowo i tak dalej, to było dla mnie zbyt wiele. Nieobecność mojego męża jeszcze to wszytsko pogarszała. Urodziłam naszą córeczkę, ale urodziła się martwa. Opatuloną podano mi ją. To było takie bolesne. Żadne słowa nie są w stanie opisać tego bólu. Ponieważ męża nie było, mój brat zabrał jej ciało i kiedy wróciłam do domu mieliśmy mały pogrzeb. Zanim wyszłam ze szpitala lekarz powiedział mi, że nigdy nie będę mogła mieć dzieci, gdyż moja szyjka jest zbyt słaba i że zawsze będę narażona na przedwczesny poród. Jedyną nadzieją dla mnie była surrogatka albo adopcja. To mnie załamało. To koniec, pomyślałam, lepsza już była by dla mnie śmierć niż kontynuowanie takiego życia. Kiedy ją chowaliśmy, czułam, że powinnam być razem z nią w grobie. Płakałam przez wiele dni. Mąż nie wrócił od razu do domu. Nie mógł znieść wiadomości o kolejnym martwym dziecku. Nie mieliśmy już sobie praktycznie nic do powiedzenia.
Na początku 2011 roku mąż wyprowadził się za granicę a ja zostałam w Malezji. Około maja 2011 roku byliśmy już na skraju rozwodu. Ale Bóg nie pozwolił na to, zaczął w moim życiu działać. Kiedy już chciałam zakończyć małżeństwo, przypomniano mi jak przysięgałam przy ołtarzu i że Jezus będzie razem ze mną podczas ratowania mojego małżeństwa. Pojechałam do męża i powiedziałam mu o moich planach ratowania naszego małżeństwa. Wróciłam do domu i ufałam że Bóg zmieni serce również mojego męża. W sierpniu 2011 zrezygnował z pracy i wrócił do Malezji z myślą ratowania tego co zostało z naszego małżeństwa. Nigdy nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego jak śmierć naszych dzieci wpłynęła na nas indywidualnie, ale również na nasze małżeństwo. W Listopadzie 2011 roku Bóg pokazał nam jak musimy budować nasz dom w oparciu o Jego Słowo. Wzięłam wolne z pracy i spędziłam conajmniej 5 miesięcy z mężem. Każdego dnia słuchaliśmy kazań o Bożej łasce i to zmieniło nasze podejście do tego jak postrzegamy Boga. Już nie myśleliśmy ile my dla Niego zrobiliśmy, ale ile Bóg zrobił dla nas przez Jezusa Chrystusa. Otrzymalismy lepsze zrozumienie Bożej miłości, tego że oddał nam Swojego Jedynego Syna abyśmy mogliśmy się cieszyć tym wszystkim, co niebo nam ofiaruje. Spędzaliśmy czas rozmyślając nad zakończonym dziełem Jezusa na krzyżu. Kiedy to wykonywało swoją pracę w nas, zaczęliśmy chodzić w wolności i lekkości. Straty przeszłości zostały zmiecione, Wszelkie rozczarowania, smutek i żal odeszły. Cieszyliśmy się z mężem swoją obecnością. Bóg odnowił nasze małżeństwo do tego stopnia, że nasza miłość była słodsza niż przedtem. Wszelkie pęknięcia przestały być widoczne odkąd wkroczył Jezus. Posiadanie dzieci nie było już dla nas priorytetem. Wcześniej to było najważniejsze, ale nauczyliśmy się oddać to całkowicie Bogu i po prostu cieszyć się życiem. Cały rok 2012 upłynął nam na odbudowywaniu naszego małżeństwa.
W grudniu 2012 pojechaliśmy na upragnione wakacje do USA i Kanady. Po powrocie, w styczniu, okazało się że jestem w ciąży. Tym razem czułam podniecenie, radość, byliśmy też wypełnieni nadzieją w Panu, a nie tym co powiedzieli mi lekarze. Powiedziałam Bogu, że moja ufność nie jest w lekach, czy w mojej szyjce, ale jedynie w Bogu i Jego dokończonym dziele krzyża. Zdecydowałam, że zamiast w strachu zostać na przymusowym leżeniu w łóżku, pójdę normalnie do pracy . Byłam szczęśliwa, nic nie było w stanie mnie przestraszyć. Nawet do 3 miesiąca nie poszłam do lekarza. Zalecano mi leki przez pierwszy trymester, ale odmówiłam. Ufałam w sercu że Jezus jest ze mną i że donoszę przez 9 miesięcy. W 13 tygodniu założono mi pessar. Dwa dni później pojawiło się lekkie krwawienie, pojechaliśmy do szpitala, ale wszystko było w porządku. Kiedy zbliżał się 24 tydzień, czyli czas ostatniej straty, poczułam lekki strach, ale przez cały czas ufaliśmy z mężem w dokończone dzieło Jezusa. Przypominałam sobie fragmenty książki i wersety z Pisma Świętego. Ten, który rozpoczął w nas dobre dzieło był wierny aby zakończyć je dla nas! 31 sierpnia 2013 roku urodziłam synka przez cesarskie cięcie. Pamiętam jak tego dnia byłam wypełniona Bożym pokojem, że właściwie śmiałam się podczas cesarksiego cięcia.
Isaac Hanan urodził się 31 sierpnia 2013 o 13.55. Issac oznacza śmiech a Hanan oznacza łaskę po Hebrajsku. Bóg przypomina mi o tym , że on jest naszym budowniczym. Najpierw zaczął swoją pracę w nas, zmieniając nas i doskonaląc nas indywidualnie. Następnie zaczął pracować nad nami jako małżeństwem odnawiając je i nasz dom. Następnie odnowił nasze ciała, abyśmy mogli mieć dziecko i przeprowadził nas przez te 9 miesięcy. Kiedy byłam w ciąży z Isaac’iem, moja szyjka ani razu się nie skróciła. Pozostała długa i zamknięta do dnia narodzin. To nie pessar trzymał moją ciążę, to wszechmogące dłonie Jezusa. Cześć i chwała Jezusowi za odnowienie nas i za radość naszego zbawienia!